Pierwsze wzmianki o cukrzycy pochodzą z pierwszego wieku naszej ery, kiedy to Areteusz z Kapadocji pisał o tajemniczej chorobie, która „roztapia ciało i kończyny w mocz”. Natomiast leczenie insuliną rozpoczęło się dopiero w latach 20-tych XX wieku. Przez stulecia diagnoza cukrzycy była dla pacjenta wyrokiem śmierci. Nieco bardziej odroczonym w przypadku osób starszych, natomiast kiedy charakterystyczne objawy cukrzycy pojawiły się u dzieci i osób młodych, wiadomo było, że mają przed sobą około roku życia…

Przez wieki cukrzycę łatwiej było rozpoznać niż leczyć. Łacińska nazwa choroby – diabetes mellitus – dobrze oddaje jej charakter. Mocz chorych na cukrzycę miał słodkawy zapach i… smak (ciekawość naukowców jednak nie zna granic…).

Do początków XX w. wiedza na temat cukrzycy była znikoma. Wiedziano, że organizm nie radzi sobie z metabolizowaniem węglowodanów, nie przyswaja ich, stąd duże ilości cukru w moczu. Logicznym było więc, że pacjent szybko tracił na wadze (wiedziano, że cukry są głównym składnikiem energetycznym), wiedziano również, dlaczego towarzyszy mu ogromne pragnienie. Kiedy w moczu jest dużo cukru, nerki starają się go rozcieńczyć, stąd dochodzi do odwodnienia organizmu, co z kolei powoduje ciągłe pragnienie. Cóż jednak po tej wiedzy, skoro zupełnie nie miano pomysły, co może być przyczyną tej choroby, a co za tym idzie, nie bardzo wiedziano, jak podchodzić do jej leczenia.

Życie z cukrzycą przed erą insuliny
W czasach, kiedy nie znano jeszcze insuliny, rozwijała się zarówno cukrzyca typu 1, jak i cukrzyca typu 2. Choć nie były tak nazywane, lekarze zdawali sobie sprawę, że tempo wyniszczania organizmu przez tajemniczą chorobę jest różne u różnych pacjentów. Zauważono, że najszybciej postępuje ona u dzieci, co przy dzisiejszej wiedzy na temat cukrzycy wydaje się jak najbardziej logiczne.
Pacjent z cukrzycą był pacjentem trudnym, nie tylko dlatego, że nie było lekarstwa na jego przypadłość. Objawy choroby nie ograniczały się jedynie do utraty masy ciała, wzmożonego pragnienia i oddawania moczu. Pacjenci podatni byli na urazy, często cierpieli na zaćmę, ślepotę, infekcje stóp prowadzące do gangreny. Mieli obniżoną odporność, często zapadali na choroby takie jak gruźlica i zapalenie płuc, które dla wielu okazywały się śmiertelne. Problemem była skłonność do czyraków oraz nieprawidłowe gojenie się jakichkolwiek ran. Przeprowadzenie zabiegu chirurgicznego u osoby z objawami cukrzycy, mijało się z celem.
U pacjentów występowały też impotencja, bezpłodność, natomiast kobiety z objawami cukrzycy, które zachodziły w ciążę, zwykle nie były w stanie jej donosić. Osoby, u których rozwijała się cukrzycy typu 1, najczęściej trafiali do szpitali w stanie wycieńczenia i wychudzenia. Szpitalne sale, w których leżeli diabetycy przesiąknięte były charakterystycznym zapachem gnijących jabłek, czyli zapachem ketonów. Chorzy mieli przyspieszony oddech, wyglądali, jakby się dusili. Dzisiaj wiemy, ze to objaw zaawansowanej kwasicy ketonowej. Uporczywa senność przechodziła powoli w stan śpiączki cukrzycowej, która kończyła się śmiercią.

Metody leczenia przed odkryciem insuliny
Na początku XX wieku cukrzyca diagnozowana było coraz częściej, także u dzieci. Do roku 1920 odsetek pacjentów z cukrzycą w uprzemysłowionych państwach wynosił 0,5 – 2%. Znalezienie lekarstwa na tajemniczą chorobę stawało się jednym z największych wyzwań medycyny.
Zanim jednak skojarzono, że wysoki poziom cukru w moczu to efekt braku jednego z hormonów (insuliny), próbowano różnych metod na obniżenie poziomu glukozy. Początkowo sądzono, że skoro organizm nie wykorzystuje dostarczanych mu węglowodanów i traci energię z moczem, należy stosować dietę wysokocukrową, żeby uzupełnić deficyty cukru w komórkach. Jak możemy się domyślać, taka terapia, tylko pogłębiała objawy, wzmagała zakwaszenie organizmu i pogarszała stan pacjenta.
Z czasem stwierdzono więc, że należy postępować zgoła inaczej – ograniczać podaż węglowodanów, skoro organizm nie radzi sobie z ich przyswajaniem. Był to zdecydowanie bardziej słuszny trop; choć diety, które zalecano stosować pacjentom (wykluczające praktycznie zupełnie węglowodany) były niezwykle trudne do utrzymania i też prowadziły do wyniszczenia organizmu. Niemniej zauważono, że w wyniku takiego postępowania, cukromocz się zmniejsza, a pacjent czuje się nieco lepiej. Dzisiaj wiemy, że takie próby leczenia faktycznie mogły być korzystne dla pacjentów z cukrzycą typu 2; natomiast w przypadku osób z cukrzycą typu 1 mogły najwyżej wydłużyć czas ich przeżycia.

Od nitki do kłębka
1869 r. – niemiecki anatomopatolog Paul Langerhans odkrył w trzustce nowy rodzaj komórek, inny niż te produkujące soki trawienne (komórki beta, nazywane później wysepkami Langerhansa).
W 1889 roku dwaj niemieccy lekarze Joseph von Mering i Oskar Minkowski zauważyli, że u psów, którym usunięto trzustkę, rozwijały się wszystkie znane objawy cukrzycy, a w krótkim czasie po operacji zwierzęta zdychały.
W 1921 Frederick Banting i Charles Best stwierdzili, że usunięcie psu całej trzustki sprawia, że zwierzę zaczyna mieć objawy cukrzycy. Natomiast zdezaktywowanie jedynie soków trawiennych (także wydzielanych przez trzustkę) powodowało u zwierząt jedynie problemy trawienne, bez objawów cukrzycy.
Dzięki temu wiedziano już, że tajemnica cukrzycy tkwi w wydzielinie trzustki, innej niż soki trawienne. Pozostało znaleźć sposób, jak się do niej dostać. Ale to już zupełnie inna historia…

Małgorzata Marszałek

Artykuł powstał w ramach cyklu „Insulina – odkrycie, które zmieniło wszystko”
Partnerzy: Novo Nordisk, Polfa Tarchomin, Sanofi

Skip to content