Fundusze unijne a osoby niepełnosprawne
8 lutego 2016
Stres może być ojcem cukrzycy
25 lutego 2016

Stopem przez świat

Marcin Luraniec, pochodzący z Podkarpacia młody chłopak chorujący na cukrzycę typu 1. ma nietypowe hobby – zwiedza Europę autostopem.

Choroba nie przeszkadza mu w realizowaniu marzeń, a wręcz przeciwnie, inspiruje go do aktywnego życia i do motywowania do działania  innych diabetyków.

Co jest takiego fascynującego w podróżowaniu autostopem?
Każdy z pewnością wymieni inne powody stopowania. Ja odnalazłem to, czego mi brakowało w życiu. Dla mnie jest to sposób na wyrażenie siebie i na pokazanie światu alternatywnego sposobu na życie. Dzisiaj prawie każdy chcę mieć nad wszystkim kontrolę, chcę wiedzieć co będzie za chwilę, co się wydarzy, pragnie panować nad życiem, nad wszystkim co go otacza. Stop jest trochę inny. To rzucenie się w wir, „na pastwę losu”. I to mnie przekonało. Życie podoba mi się wtedy, kiedy jest nieprzewidywalne. Fascynujące jest to, że nie mając prawie żadnej gotówki przy sobie, można zobaczyć bardzo wiele. Ludzie myślą że potrzeba bardzo wiele pieniędzy, by podróżować. Ja pokazałem, przede wszystkim sobie samemu, że to nie prawda. Na wszystkie swoje wyprawy wydałem kwotę może równą jednej, dwóm „normalnym” wycieczkom organizowanym przez biuro podróży. Odpada koszt transportu, który często jest dosyć wysoki. Odpadają także koszty noclegów, bo śpię przeważnie w namiocie, w miejscach wyszukiwanych za pomocą portalu couchsurfing (możliwość znalezienia noclegu u miejscowych za symboliczny prezent), lub korzystam z innych sposobów pozyskania taniego noclegu.

Fascynuje mnie przygoda, spontaniczność, ciekawi ludzie poznawani w drodze. Tego wszystkiego nie zazna się jadąc na wycieczkę z biura podróży. Fascynujące jest to, że dzięki poznanym w drodze tubylcom, często zdarza się zobaczyć miejsca o których nie miało się pojęcia i do których nigdy nie miałoby się dostępu w normalnych warunkach. Poznaje się miejscowych, czasem przyjaciół do końca życia, regionalne kuchnie, obyczaje. I to wszystko za darmo. Stop udowadnia mi, że w życiu pieniądze nie są najważniejsze. Bez nich da się wiele osiągnąć. Owszem one pomagają w życiu, ale również da się bez nich obejść. To jest moja filozofia na życie, która świetnie pokrywa się z ideą autostopu. Dzięki temu środkowi transportu poznałem bliżej siebie w różnych okolicznościach. Także tych trudniejszych, bo nie zawsze jest różowo i kolorowo. Otwieram się na obcych, nowe kultury. Pokonuje swoje słabości, lęki.

Jakie kraje, miasta, ciekawe miejsca udało się Panu do tej pory zwiedzić autostopem?
Za pomocą autostopu odwiedziłem prawie wszystkie kraje europejskie. Łatwiej będzie wymienić państwa, których jeszcze nie byłem. Odwiedzone kraje najlepiej przedstawia poniższa mapa.

Moim celem jest odwiedzenie wszystkich stolic europejskich. Plan ten realizuje głównie za pomocą autostopu. Obecnie zwiedziłem ich już 26.

Najciekawsze miejsce to dla mnie zdecydowanie Chorwacja. Wszystkie kraje byłej Jugosławii bardzo mi się podobają. Utkwiła mi również w pamięci trasa prowadząca do Rzymu. Z racji, że bardzo lubię góry, podobają mi się okolice Alp we Francji i Szwajcarii.

Która wyprawa zapadła Panu najbardziej w pamięć i dlaczego?
Najbardziej w pamięci zapadła mi wyprawa z 2012 roku w okolice Wiednia. Pod względem widoków, no i pewnie przygód „zaliczałem” lepsze wyprawy. Natomiast była to moja pierwsza, zagraniczna podróż odbyta autostopem. Fajne w tym wszystkim jest to, że w tamtym momencie nie planowałem wyjeżdżać dalej, niż kilka kilometrów poza granice naszego kraju. Była wtedy bardzo dobra pogoda. Pomyślałem, że w nadmiarze obowiązków związanych z pisaniem pracy licencjackiej, potrzebuję kilka dni przerwy i relaksu. Wybrałem się do Krosna, by odwiedzić koleżankę. Stamtąd jest niedaleko na Słowację. Chciałem zobaczyć pierwszą miejscowość po stronie słowackiej. Dosyć szybko udało mi się dotrzeć na granicę. Tam zatrzymał mi się kierowca ciężarówki, który namówił mnie, by jechać z nim w trasę. Wtedy nie miałem ze sobą prawie żadnych pieniędzy (jedynie około 40 złotych na karcie), żadnych ubrań na zmianę i jedzenia. Kierowca ten, z którym mam kontakt do dzisiaj, zaproponował żywność i nocleg u niego w kabinie. Po niedługiej chwili zdecydowałem się z nim pojechać, jak się okazało pod Wiedeń. Pojechałem, mimo wcześniejszych planów na powrót do domu, jeszcze tego samego dnia. Poczułem wtedy niesłychaną radość wynikającą z wolności, poznania nowych miejsc, ludzi, doznanych przygód. A działo się wtedy. Wyruszyłem w środę, wróciłem w sobotę. Zjadłem śniadanie, przebrałem się i wykąpałem, by od razu pójść na uczelnię. Studiowałem wtedy zaocznie i sobota była dniem zjazdu.

Jakie cechy charakteru trzeba posiadać, by być podróżnikiem – autostopowiczem?
Wydaje mi się, że przede wszystkim trzeba przełamać strach. Lęk towarzyszy nam w różnych momentach życia. Czasem pełni rolę pozytywną, a częściej nas ogranicza i stawia bariery. Przełamanie tego strachu daje nam zielone światło do rozpoczęcia takiej podróży. Nie wydaje mi się, żeby inne cechy charakteru mogły aż tak znacząco wpłynąć na decyzję, jak właśnie strach. Dużo ludzi nie jeździ na stopa, chociaż bardzo by chcieli, właśnie ze względu na paraliżujący ich strach. Myślę, że dobrze jest być otwartym na świat, na to co przyniesie kolejny dzień. Nie zamykać się na przygodę, ale też nie warto jest zbytnio wybiegać w przyszłość i planować. Najlepsze moje wyprawy to właśnie te, których w żaden sposób nie planowałem. Obierałem tylko kierunek początkowy, a dalej dałem kierować się losowi. Wydaje mi się, że nie ma typowych cech charakteru, które uniemożliwiają stopowanie. Owszem są natomiast pewne cechy, które na pewno mogą ułatwią podróż, np. pokora, cierpliwość, otwartość, rozmowność, wytrwałość, wiara w siebie. Ale można też po to jeździć, by właśnie tych wszystkich cech nauczyć się. Trzeba po prostu chcieć. Resztę przeszkód, w tym wady charakteru, czy złe cechy da się pokonać.

Co było pierwsze – pasja zwiedzania świata niskim kosztem czy cukrzyca typu 1? W jakim momencie Pana życia pojawiła się choroba? Co wniosła, co zmieniła?
Najpierw była pasja zwiedzania świata, ale w teoretyczny sposób. Towarzyszyła mi ona już od wczesnego dzieciństwa. Lubiłem oglądać mapy, atlasy. Sam nawet rysowałem swoje mapy. Byłem ciekawy świata. Zawsze interesowało mnie to, co jest dalej od mojego miasta. Wtedy jednak z różnych przyczyn niestety nie podróżowałem. Chociażby z braku samodzielności i bycia pod opieką mamy, która w tym czasie nigdzie nie wyjeżdżała. Brakowało nam funduszy na tak zwane wczasy. Czasem zdarzało się nam wyjechać gdzieś na wakacje. Zawsze zazdrościłem rówieśnikom, którzy wyjeżdżali za granicę. Aż do czasów studiów nie wyjeżdżałem nigdzie autostopem. Lata studenckie miały przynieść mi znaczącą zmianę. Jednak najpierw pojawiła się choroba.

W wieku dziewiętnastu lat zachorowałem na cukrzycę. Byłem na pierwszym roku studiów. Początek był trudny i wtedy absolutnie nie myślałem o żadnych wyjazdach. Miałem inne rzeczy na głowie. Zmiana nastąpiła po unormowaniu się cukrzycy i po pokonaniu pierwszych problemów psychologicznych związanych z zachorowaniem. Nie ukrywam, że był to dla mnie cios i szok. Nie wiedziałem, jak dalej będzie wyglądać moja przyszłość. Czas pokazał, że moje życie niewiele się zmieniło. Choroba przyspieszyła moje dojrzewanie. Musiałem wziąć się za siebie, za swoją chorobę, dietę, szybciej dorosnąć i wyzbyć się infantylnych zachowań. Choroba pomogła mi w innym podejściu do życia. Zacząłem cieszyć się tym, co miałem. Doceniałem nawet najdrobniejsze rzeczy. Bo zawsze z tyłu głowy miałem poczucie, że poprzez spadek cukru moje życie w najgorszym przypadku może się skończyć.

Czy podróżowania autostopem z cukrzycą u boku można uznać za bezpieczne?
Odpowiedź na pierwsze pytanie należy chyba do każdego chorego z osobna. Czy on czułby się bezpiecznie? Dla mnie podróż taka jest bezpieczna. Ale dla innej osoby już niekoniecznie. Nie widzę powodów, by stopowanie z cukrzycą uznać za niebezpieczne. Wszystko zależy od naszej głowy, nastawienia no i uregulowania choroby. Jeśli chory potrafi właściwie kontrolować stan cukru, spadki zdarzają się rzadko, lub jeśli zdarzają się częściej, ale wie jak sobie radzić, wtedy nie widzę przeszkód w podróżach. Nie tylko stopem. W życiu tak jest, że często próbujemy znaleźć wiele wymówek, by czegoś nie robić. Powodem przeważnie jest wspomniany już strach, który paraliżuje i ogranicza. Oficjalnie winę zwalamy na chorobę, lub inne powody, np. brak czasu, dzieci, praca, itp. Jest wielu sportowców, alpinistów, itp. którzy świetnie radzą sobie ze swoimi dolegliwościami. Pokazują, że można jeśli się chce. Prawdziwe przeszkody są w naszej głowie, w wymiarze psychologii.

Jak przygotowuje się Pan do kolejnych wypraw pod kątem cukrzycy?
Zawsze przed wyprawą zaopatruje się w zapas insuliny i pasków do mierzenia cukru. Biorę leki w nadmiarze, by być przygotowanym na każdą ewentualność. Mam też ze sobą spory zapas cukru w kostkach. Hipoglikemie nie zdarzają się często, ale zawsze ratuje mnie cukier, glukoza w saszetkach lub cola. Mam też coś do zjedzenia.

Z miejscową żywnością (mam na myśli tu żywność europejską) nie ma problemu o ile jest na opakowaniu zawarta informacja o ilości węglowodanów. Wtedy obliczam wymienniki węglowodanowe. Gorzej jest jeśli jem coś, co nie jest zapakowane, np. obiad na miejscowym targu. Zawsze można spróbować spytać się o ilość węglowodanów. Jednak nie sądzę, by ktoś był w stanie odpowiedzieć mi na takie pytanie, szczególnie w krajach bałkańskich lub wschodnich. Natomiast coraz częściej w „restauracjach” typu fast food są tabelki z podanymi kaloriami, węglowodanami, itp. Ja jednak w takich miejscach stołuję się bardzo rzadko. Osobiście nie miałem większych problemów z miejscowym menu. Wyjątkiem był Izrael. Wtedy cukier „skakał” mi jak szalony. Jednak do tej pory tylko raz zdarzyło mi się odwiedzić aż tak odmienny region. Jeśli ktoś jeździ częściej w egzotyczne miejsca, myślę, że może uzyskać szczegółowych informacji od swego diabetologa, lub w specjalistycznych poradniach. Należy pamiętać, że nawet zdrowy człowiek jadąc na przykład do Indii ma problemy żywieniowe. Każdy jednak zabezpiecza się chociażby przez szczepionki.

Czy w trakcie dotychczasowych podróży zdarzyły się Panu jakieś sytuacje trudne związane z cukrzycą? Jeśli tak, to jakie? Jak Pan z nich wybrnął?
Pamiętam jedną taką sytuację. Kiedyś wybrałem się z kolegą na wyścigi autostopowe z Rzeszowa w okolice czeskiego Cieszyna. Podróż planowałem na około 4-5 dni. W penie miałem około ¼ może 1/3 fiolki, więc stwierdziłem, że na około 2-4 dni powinna wystarczyć. Awaryjnie wziąłem jeszcze jedną fiolkę. W którymś dniu wyprawy skończyła mi się insulina. Sięgnąłem po zapas. Ku mojemu zdziwieniu okazało się, że fiolka jest pusta. Nie wiem jak to się stało, ale najprawdopodobniej wziąłem z domu pustą fiolkę, której wcześniej omyłkowo nie wyrzuciłem. Błąd ten kosztował mnie wiele nerwów i stresu. Byliśmy już wtedy w Czechach, jednak na tyle blisko polskiej granicy, że powrót był realny. Chciałem z polskiego szpitala wziąć jedną fiolkę. Okazało się, że nie jest to możliwe. Zamiast fiolki, dostałem jedynie receptę na całe opakowanie leku. Wtedy nie miałem takiej sumy pieniędzy. Kolega miał niewiele więcej. Pożyczył mi pieniądze, a za pozostałe około 10 złotych kupiliśmy jedzenie na podróż. Co ciekawe, wyjeżdżając z Czech mieliśmy już po 10 euro na głowę. Los się do nas uśmiechną i obdarował nas tym, co było nam potrzebne.

Wiele osób uważa, że choroba przewlekła uniemożliwia realizację marzeń, a już na pewno tak szalonych jak podróżowanie stopem, mające w sobie wiele niewiadomych. Czy takie myślenie było kiedykolwiek Pana udziałem?
Oczywiście, że było. Nie od razu zacząłem podróżować stopem, szczególnie za granicę. W moim przypadku był to proces długotrwały. Pierwszy raz autostopowałem za namową koleżanki. Przejechaliśmy wtedy około 15 kilometrów. Natomiast pierwszy raz poza granicami naszego kraju stopowałem w maju 2012 roku. Czyli dwa lata później. Trochę czasu upłynęło. Potrzebowałem około dwóch lat, aby przełamać się i pójść o krok dalej. Pierwszy stop zagraniczny, jak opisywałem powyżej odbył się przypadkiem. Dzięki namowie kierowcy. Inaczej nie pojechałbym pod Wiedeń, tylko zakończyłbym podróż 15 kilometrów za granicą. Wtedy być może dalsze podróże zagraniczne musiałyby jeszcze poczekać kilka miesięcy lub lat. W mojej sytuacji dalekie podróże były możliwe dzięki powolnemu procesowi. Jeśli na samym początku porwałbym się na daleką podróż, pewnie od razu po powrocie minęła by mi ochota wyjeżdżać ponownie. Znam takie przypadki.

Co motywuje Pana do działania? Czy Pana hobby jest bardziej na przekor cukrzycy czy mimo cukrzycy?
Do działania motywuje mnie chęć zaznania przygody, poznania nowych krajów, ludzi, miejsc. Mam takie swoje powiedzonko, że życie jest zbyt krótkie, by cały czas robić te same rzeczy. Dopasowując to powiedzenie do podróży, uważam, że życie jest zbyt krótkie, by nie zobaczyć innych krajów. Chęć poznania świata pomaga mi wyjść z domu i zmierzyć się każdorazowo z niechęcią, strachem, itp. Sam pokazałem sobie, że nie ma się czego bać. Zawsze wychodziłem z różnych opresji. Mimo to strach pojawia się. To jest ludzkie i normalne uczucie. Strach powinien pojawiać się, bo on pełni rolę „hamulca”. Dzięki niemu wiem kiedy przestać, kiedy powiedzieć sobie „dość”.

Myślę, że moje hobby jest raczej mimo cukrzycy. Dowodem jest chronologia wydarzeń, które opisałem powyżej. Zainteresowanie było znacznie wcześniej niż choroba. Teraz jestem „zmuszony” realizować swoje hobby mimo problemów. Na pewno też jest we mnie trochę przekory. Chcę udowodnić sobie, że mimo takiej choroby potrafię coś osiągnąć. Zrobić coś czemu cukrzyca stoi na drodze.

A propos hobby, wspomnę, że obok autostopu, podróżuję również za pomocą roweru i swoich własnych nóg. Na rowerze jeżdżę bardzo dużo, pokonując czasami maksymalne dystanse do 150 kilometrów. Uczestniczyłem czterokrotnie w rowerowej pielgrzymce z Rzeszowa do Dębowca. Razem około 400 kilometrów, gdyż trasa jest okrężna i prowadzi drogami Beskidu Niskiego i Bieszczad. Rower jest dla mnie niczym samochód. Stosuję go do codziennego przemieszczania się po mieście. Wydaję mi się, że dziennie mogę pokonywać około 25-40 kilometrów, w zależności od dnia i ilości spraw do załatwienia. Natomiast od czasu do czasu preferuje także trekking. Moim osiągnięciem jest pokonanie, jak dla mnie rekordowej odległości 100 kilometrów pieszo po górach Kaczawskich. Rajd trwał około 30 godzin. Zaczęliśmy w piątek o 19, natomiast ukończyliśmy już w niedzielę o pierwszej w nocy. Organizowany był przez grupę przewodników z Jeleniej Góry i z tej miejscowości był start. Udział wzięło około 130 osób. Do mety doszło około 50. Muszę przyznać, że po 40 kilometrze nocnej wędrówki w skwarze (było to w lipcu) miałem kryzys. Podjąłem decyzję o wycofaniu się. Natomiast po jednej z przerw z obfitym posiłkiem, zdecydowałem się jeszcze na ostatnią próbę. W ten sposób doszedłem do końca. Potem już w ogóle nie narzekałem na zmęczenie. Wniosek jest taki, że trzeba pokonać kryzysowy moment. A wszystko to zaczęło się niewinnie i niepozornie. Od krótkich dystansów, powoli przechodziłem do coraz dłuższych. Zobaczymy na jakiej odległości się skończy…

Jakie znaczenie wg Pana ma pasja dla osoby z cukrzycą typu 1? Czy może pomóc np. w akceptacji choroby?
Pasja w ogóle ma wielkie znaczenie, tym bardziej dla chorego. Pomaga odbić się z możliwej depresji, złych emocji towarzyszących pierwszym chwilom po zachorowaniu. Hobby pomaga walczyć ze skupieniem się tylko i wyłącznie na chorobie. O chorobę trzeba dbać, ale nie można poświęcić jej całego życia. Myślę, że pasja może pomóc w akceptacji choroby. Mi pomaga. Pokazuje mi, że choroba wcale nie musi stać mi na przeszkodzie. Może ona być nawet „przyjacielem”. Często w życiu tak jest, że trudne sytuacje i wydarzenia uszlachetniają nas, wydobywają z nas to co dobre. Buntujemy się kiedy przychodzi coś złego, ale gdyby nie takie sytuacje, nie byłoby sukcesów, wielkich ludzi, sportowców. Oni są dowodem na to, że można pokonać wszelkie problemy.

Jakie ma Pan plany na przyszłość? W jaki sposób widzi Pan możliwość połączenia doświadczeń wynikających z bycia diabetykiem z tymi wyniesionymi z podróży?
Planuje między innymi odwiedzić wszystkie stolice europejskie, a potem może światowe. Zależy mi na zwiedzeniu Rosji i odbyciu podróży koleją transsyberyjską. Bardzo interesuje mnie wschód. To alternatywa dla powszechnej dziś, ślepej moim zdaniem fascynacji zachodem. Są to plany już wysokobudżetowe, dlatego muszę też jednocześnie rozwijać się zawodowo. Z upływem lat i wieku, czuję, że nadchodzi czas na coraz większe i kosztowniejsze wyprawy. Po odbyciu wielu podróży stopem, pragnę pojechać tam, gdzie stopem jest trudniej dotrzeć. Potrzebuję dalszego rozwoju i wejścia na kolejny etap.

Moim marzeniem jest zorganizowanie szeregu spotkań motywacyjnych dla diabetyków. Pragnę pokazać na swoim przykładzie, że dla chcącego nic trudnego. Chcę łamać stereotypy człowieka chorego, jako jednostki ograniczonej i słabszej, jaka niestety panuje w naszym społeczeństwie. Nie chcę być wykluczony przez swoją chorobę. Wcale nie czuję się gorszy. Bo niby z jakiego powodu? Dlatego pragnę być widocznym dowodem pokonywania swych barier psychicznych i fizycznych, które się ujawniają, np. podczas spadku cukru. Wierzę, że w ten sposób „zapalę” diabetyków do działania i wiary w siebie.

Osoby zainteresowane spotkaniami motywacyjnymi, proszę o kontakt: marcinluraniec@gmail.com

Zapraszam też na mój profil na Facebooku: https://www.facebook.com/npsbg/ oraz na stronę internetową: http://www.hitchlog.com/en/hitchhikers/marcinlulek

« Strona główna