Samotnie przepłynął Wisłę kajakiem. Na co dzień walczy z cukrzycą.

Przypominamy: „Samsung Irena Women’s Run” – bieg kobiet przeciwko cukrzycy
11 sierpnia 2016
Fluorowanie wody a cukrzyca typu 2
19 sierpnia 2016

Samotnie przepłynął Wisłę kajakiem. Na co dzień walczy z cukrzycą.

Andrzej Michalik choruje na cukrzycę typu 1 od dziecka

Przygotowanie samotnej wyprawy kajakowej zajęło mu rok. Swoją przygodę z projektem „Słodka Wisła” rozpoczął 2. lipca w Goczałkowicach-Zdroju. 26. lipca szczęśliwie dopłynął do Gdańska, po 25 dniach, przepływając 1 000 km.

– To była walka każdego dnia, czasem nawet o życie. To moje prywatne zwycięstwo z chorobą, pokazałem cukrzycy, że mogę – mówi kajakarz.

Andrzej Michalik na co dzień pracuje w Centrum Wsparcia Teleinformatycznego Sił Zbrojnych. Od września zaczyna przygotowania do kolejnego przedsięwzięcia.

A oto nasz wywiad z Andrzejem Michalikiem:

Z cukrzycą w kajaku

Ile zajmuje przepłynięcie kajakiem Wisły z południa na północ? Dzięki ostatniemu wyczynowi Andrzeja Michalika wiemy, że można to zrobić w trzy tygodnie. Do tego trzeba jednak mieć sporo siły do wiosłowania, determinacji w realizacji swoich planów oraz odwagi, by samemu walczyć z wodnym żywiołem.

W przypadku Andrzeja Michalika samotny rejs kajakiem po Wiśle miał na celu udowodnić, że cukrzyca nie jest ograniczeniem nawet dla najbardziej szalonych pomysłów. Czy był to rejs terapeutyczny? Być może. Na pewno zakończona sukcesem wyprawa odbiła się głośnym echem nie tylko w środowisku osób z cukrzycą, ale też wśród ludzi zdrowych. Zaskakuje sam pomysł na sprawdzenie swoich możliwości, przygotowanie fizyczne i logistyczne, ale też śmiałość, by tak ekstremalny i ryzykowny wysiłek podejmować przy cukrzycy. Diabetycy po raz kolejny przekonali się, że bariery są w naszych głowach, a cukrzyca tak naprawdę pozwala na bardzo wiele.

Wyprawa rozpoczęła się 2 lipca w Gołkowicach, w województwie śląskim, a zakończyła 26 lipca w Gdańsku. W niewielkim kajaku musiał zmieścić się ekwipunek na czas około miesięcznego pobytu poza domem: namiot, śpiwór, odzież na każdą pogodę, trzy telefony komórkowe, ładowarki solarne oraz zapas jedzenia – konserwy mięsne i rybne, kabanosy, ryż, rodzynki i powidła. Po nieprzyjemnym zatruciu konserwą na początkowym etapie rejsu, zabrany z domu prowiant został zastąpiony zupkami chińskimi. Na kajaku zmieścił się też filtr do wody, który uzdatniał do picia wodę z Wisły. Andrzej wypływał codziennie około godziny 9 rano i kończył o 20, po przepłynięciu około 50-60 kilometrów. Nocował w namiocie, który rozstawiał na obrzeżach rzeki. Zarówno podczas wiosłowania, jak i wieczornego odpoczynku przebywał sam ze sobą, poznając siebie oraz reakcje własnego organizmu na ekstremalny wysiłek. Po drodze nie obeszło się bez niespodzianek. Kajak którym wyruszył nie przetrwał trudów podróży i w drodze trzeba było wymienić go na inny. Wspomniane zatrucie kosztowało go trzy dni nieplanowanego postoju. Takie niespodziewane sytuacje pokazały mu jednak, że z każdej opresji można wyjść dzięki pomocy życzliwych ludzi, a tych w trakcie tej przygody na jego drodze nie brakowało.

Jak wyglądało „ogarnianie” cukrzycy na kajaku? Jak często mierzyłeś cukier, jak chroniłeś insulinę przed nadmiarem słońca, jak zabezpieczałeś się przed hipoglikemią?

AM: Nie było to najprostsze jednak dało się. Tak sobie zorganizowałem miejsce w kajaku, że najważniejsze z punktu widzenia cukrzycy rzeczy miałem pod ręką (insulinę, glukometr, batony w razie czego, glukozę). Dodatkowo  miałem nerkę wodoszczelną, w której miałem część „cukrzycowych zapasów”-  takie koło ratunkowe, gdyby wydarzyło się coś niespodziewanego. Mierzyłem się bardzo często, żeby być na bieżąco z tym co się dzieje z moim organizmem. Insulinę chroniłem na tyle, na ile się dało, najchłodniejszym miejscem było dno kajaku. Od nieprawidłowych cukrów chroniłem się tak jak i w domu – odpowiednio dobranym jedzeniem, insuliną, w razie zbyt niskich cukrów – dojadałem, zbyt wysokich – dostrzykiwałem insulinę. Wszystko to uwzględniając wysiłek fizyczny.

Skąd u Ciebie pojawił się ten pomysł, by kajakiem przepłynąć Wisłę? Czy to próba sprawdzenia siebie, czy raczej manifest „mam cukrzycę i mogę wszystko”?

AM: Od dawna chciałem zrobić coś wyjątkowego, coś czego nie robiłem na co dzień. Do momentu wymyślenia tej wyprawy, kajakiem nie pływałem wcale. Tym bardziej wiedziałem, że będzie to coś zupełnie nowego, co sprawi mi dużą frajdę. Dałem sobie rok żeby się nauczyć dobrze wiosłować i dobrze przygotować organizacyjnie. Była to próba sprawdzenia siebie, swojego charakteru, ale też sprawdzian, czy dam radę mimo cukrzycy. Był to zatem rodzaj manifestu „mam cukrzycę, mogę wszystko”, co oczywiście okazało się dopiero, jak osiągnąłem swój cel. Chciałem też swoim przykładem wyciągnąć z domów tych, którzy z powodu choroby są mało aktywni, boją się życia z cukrzycą. Wśród diabetyków zauważam dwie postawy – tych, którzy starają się żyć aktywnie, czasami nawet ekstremalnie i tych, którzy pozwalają cukrzycy przejąć kontrolę nad ich życiem. Nie zachęcam wszystkich do wysiłku ponad miarę i do niebezpiecznych eskapad, ale zachęcam do tego, by nie bać się choroby i w miarę swoich możliwości żyć z nią aktywnie.

Co w trakcie tej wyprawy najbardziej Cię zaskoczyło (w samym sobie i w kontaktach z innymi ludźmi)?

AM: Można powiedzieć, że nic mnie nie zaskoczyło. Wiedziałem, że ludzie są fajni i życzliwi. Że jak trzeba to pomogą, wesprą. W mojej przygodzie to się potwierdziło. Ludzie byli przesympatyczni, pomocni, życzliwi, mogę wręcz powiedzieć, że napotkane przypadkiem osoby to skarb tej wyprawy. Co mnie zaskoczyło, a może bardziej potwierdziło to, w co wierzyłem – że jak chcę i postawię sobie cel, to jestem w stanie go zrealizować. Że nie ma przeciwności, barier nie do przeskoczenia. Że jak się chce, to można.

« Strona główna

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *